Menu: Menu główne -> MAZIARSTWO

wywiad audio z Panem Piotrem Szlanta  zawołania maziarskie w wykonaniu Julii Doszna, Wacława Szlanta i Józefa Brody  

Na przełomie XIX i XX wieku wieś Łosie zasłynęła z maziarstwa, które polegało na produkcji i obwoźnym handlu wyrobami ropochodnymi. Stosowano maź do smarowania osi wozów. Maziarze z Łosia handlowali tym wyrobem na dużą skalę, w swych ciężkich wozach jeździli do Warszawy, Kalisza, Łomży oraz na Słowację, do Siedmiogrodu i Moraw. Docierali nawet do Rygi i Jekaterynburga. Po I wojnie światowej zaprzestali wytwarzania mazi i handlowali fabrycznymi przetworami naftowymi, odpowiednio przez siebie uszlachetnionymi na terenach II Rzeczypospolitej. Niegdyś maziarstwo przynosiło wielkie dochody i Łosie szybko stało się wsią niezwykle zamożną. Po II wojnie światowej maziarski handel obwoźny upadł, nie mniej w Łosiu żyją jeszcze ostatni maziarze, znajduje się tam też oryginalny wóz kupiecki ....

 


 

Prezentujemy wywiadyz maziarzami - nieżyjącym już Włodzimierzem Rubiczem  

 

oraz Panem Piotrem Szlantą, mieszkańcem wsi Łosie 

 

 


 

Wywiad z Włodzimierzem Rubiczem

- Pana ojciec był maziarzem?

Tato się nie zajmował.

- Dziadek?

Dziadek tak, Jan Doliński, jeździł na Węgry, Słowację.

- Niech Pan opowie o maziarstwie, jak to Pan pamięta. Pan jeździł jeszcze przed wojną, skąd się wzięło maziarstwo w Łosiu Pana zdaniem?

W Łosiu były kopanki, teraz to zaginęło, kiedyś kopalnia ropy w Łosiu była i z tego powodu Łosianie robili tą maź.

- Czyli mieli ropę naftową i co dalej?

Przetwarzali na maź.

- A jak to dokładnie robili?

W beczce gotowali ropę, ale ja głównie handlowałem smarowidłem fabrycznym, to Pietrek Szlanta może wie, o mazi, jak robić, on tu jeździł więcej po góralach.

- Pan się zaopatrywał w maź w Gorlicach?

W Gorlicach był Dutka, on handlował na Kujawach, tam zrobił interes, później jak byli Żydzi, to Żyd miał te smary w Gorlicach, za okupacji Żyda skonfiskowali i on przejął fabrykę.

- W którym to miejscu było w Gorlicach?

Na Zawodziu.

- Wóz skąd Pan miał?

Wozów było bardzo dużo, bo przecież z jednego domu jeździły dwa i trzy wozy, jak było dwóch synów to i trzech jeździło, ojciec jeździł i synowie jeździli, takich wozów było dużo, i specjalnie był tu taki co robił te wozy.

- Jak się nazywał?

Miron Łukaszyk. Kowal też był w Łosiu, Wacławski, on robił łosianom całe wozy, kuł łosianom wszystko.

- Beczki skąd braliście?

Beczki przed wojną były jeszcze drewniane.

- Czyli był potrzebny kolejny rzemieślnik obsługujący maziarza – bednarz?

W Ropicy Polskiej był bednarz, ale więcej było bednarzy, robili nie tylko beczki, ale i rozmaite koryta, cebrzyki, drewniane rzeczy.

- Zaopatrywał się Pan w maź miał Pan wóz, konie beczki i jechał Pan handlować...

Jak nabrałem towar u Dutki, to jechałem w stronę Lublina. Towar sprzedałem w Lublinie, tam była fabryka Kapelmana Arona, Żyd taki, w dzielnicy Czwartek miał przed wojną fabrykę tych smarów. Sprowadzał wagonami rozmaite oliwy, bo przed wojną to była największa firma handlowa oliw, materiałów towotnych, firma „Karpaty”, tam brałem nowy towar, oprócz tej firmy był w Lublinie Łosian, on jeździł do Rosji, zrobił interes, miał dużo złota, w Lublinie kupił plac, wybudował duży dom i założył fabrykę smarów i u niego my też brali.

- Jak się nazywał?

To właściwie bracia byli, Wacław i Mikołaj Gal, jak braliśmy u niego były worki na sieczkę, on mnie uczył jak się naprawia worek,  bo był dziurawy. Zginął w Krośnie, z kuzynem Janem Dudrą poszli kupić konie do Krosna i zatruli ich, do dzisiaj jest to niewyjaśniona sprawa, czy złodziej ich otruli, pieniądze zabrali. Pochowane są w Łosiu obydwa. To oni mieli te fabrykę w Lublinie, jak się idzie na Majdanek po prawej stronie duży budynek, tam mieszkają dziś potomkowie Łosian. Jeździłem w lubelskie – Żelechów, Łuków, Siedlce, jechałem na Garwolin, Sobolew, Maciejowice, po drugiej stronie Wisły, aż do samej Warszawy - Karczew, Otwock Garwolin, Miłosna. Jak brakło mi towaru, to znowu brałem w Warszawie na Radzymińskiej, jest do dzisiaj Radzymińska, u Pana Bolkiewicza, była też firma żydowska w Warszawie, ale my brali przeważnie u Bolkiewicza. Tam było, tak jak i w Lublinie, mieszkanie, pomieszczenie dla przyjezdnych, była stajnia dla koni, można było stać jeden dzień czy dwa dni, brało się towar na wóz, znowu wracaliśmy w stronę Lublina.

- Kto odbierał towar?

Największymi odbiorcami naszych towarów były majątki, dwory dlatego, że przed wojną było bardzo dużo koni, wozów, to szło dużo smarów, tranu do konserwacji uprzęży.

- Tranem je konserwowano?

Tak i dużo brali od nas rymarze do konserwacji.

- A tran skąd braliście?

Braliśmy po firmach oliwę, a przetwarzaliśmy sami swoim sposobem, brało się oliwę przepalaliśmy oliwę kwasem i już był tran. Ludzie pytali:

„skąd bierzecie i skąd bierzecie, ja jeździłem i nie mogłem nigdzie zdobyć tranu…”

Przed wojną oliwy były numerowane, 32 numer to była bardzo dobra oliwa, to była oliwa, która nadawała się do kręcenia skór, czarna, rymarze przeważnie ją używali.

W lubelskiem, w Warszawie, to wszystko były szleje, a w Małopolsce chomąta, kantary.

- Ilu was jeździło przed wojną?

Łosianie przez całą zimę szykowali wozy, żeby wóz był porządny przez całe lato, przychodził marzec to Łosianie już wyjeżdżali w świat. Każdy na swój rejon, do bydgoskiego, do lubelskiego, do warszawskiego, każdy miał swój teren, ale byli tacy co jeździli wszędzie.

- Wchodziliście sobie w drogę?

Wchodziliśmy, to była konkurencja. Tym bardziej jeszcze Żydzi, ja przychodzę do majątku, a Żyd reklamuje sam, konkurencję robili Żydzi, też kupowali po sklepach.

Tak po majątkach, dworach, cegielniach, młynach, tartakach oprócz tranu do uprzęży, mazi do wozów, brano dużo oliwy. Przed wojną po majątkach nie mieli tak jak teraz traktorów, tylko były lokomobile parowe opalane drewnem, węglem, torfem i tam szła oliwa cylindrowa, taka gęsta. Jak zlikwidowano folwarki dwory to maziarstwo podupadło. Nastały traktory, maszyny, no to bardzo dużo sprzedawaliśmy oliwy jeszcze po PGR-rach.

- Jak wiosną wyjechali maziarze, to kiedy wracali?

Jak wyjechali na wiosnę to wracali w grudniu, a byli tacy łosianie co nie wracali wcale, jeździli przez zimę, lub konie zostawiali w majątku, towar dawali za przetrzymanie koni przez zimę i w majątku stały konie, a wracali pociągiem. Było powiedzenie w Łosiu, bo nigdy nie przyjechali wszyscy łosianie na Boże Narodzenie:

„Jak wszystkie Łosianie zjadą to będzie koniec świata”,

nigdy tak nie było, że wszystkie wrócili do domu.

- Ile mogło być wozów maziarskich w Łosiu, 30?

Więcej, 300 numerów było w Łosiu, teraz są place niezabudowane, puste domy porozbierali po wojnie, nie tylko ropiaki, ale i przyjezdni. W Łosiu nie było jednego domu, co by był pod słomą, wszystko blacha albo gonty, bardzo dużo domów porozbierali, bo im chodziło głównie o blachę.

- Maziarstwo dawało spory dochód…

Łosianie, nie tylko, że byli bardzo bogaci, dużo wiedzieli, od innych wsi się odróżniali inteligencją, kulturą, to było już inne. W Łosiu, jak na całe góry, budynki, wszystko murowane, pod blachą. Jak łosianie jeździli, to żony zostawiali w domu, mieli służącego, służącą, natomiast jak trzeba było do roboty, to chodzili naszlabant”. Na „szlabancie” byli chłopy z gór, chodzili za robotą. Przyszła kobieta na „szlabant”, potrzebowała na sianokosy, trzeba było do innej roboty, to szli na „szlabant”, byli też miejscowi, biedniejsze, też tam szli. Na „szlabancie” chłopi czekali. Maziarz pieniądze przysłał, kobieta miała pieniądze, miała służącą, ale jak było więcej do roboty to wynajęła.

Natomiast przed wojną Łosie się powiększało, tyle materiałów było, był cieśla, kowal.

Jak był majątek, pałac w Ropie, ten pan sprzedawał pole, łosianie pokupili w Ropie pola, nazywali je folwark. Dwór sprzedawał lasy, łosianie pokupili, sielskie lasy na okolicę, ja mam też 8 ha lasów.

- Czyli inwestowali pieniądze w lasy, budynki, ziemię…

To była jedna wieś na całe góry, z ubraniem, kulturą, ze wszystkim.

Ubiór Łosiana – kurtka rajtki kangarowe, najlepsza materia z Bielska Białej. Każdy jeden kawaler oficerki, elegancki mundur.

- Mówi się, że maziarze znali obce języki...

Jeździli po świecie, mój dziadek jeździł na Węgry, on jeździł tam, a moja babka dowoziła mu towar na Węgry, oni dużo umieli po węgiersku, kowal co był u nas umiał po węgiersku. Między sobą jak żeśmy gadali chcieliśmy, żeby klient przyszedł do woza, po węgiersku mówiło się: „daj mu tam mniej” to brzmiało: „daj mu tam kici” czyli mniej.

Języki przydawały się w handlu w Polsce. Wóz maziarski po węgiersku to seker.

Do lat 70 -tych jeździłem, to był inny handel, przeważnie towot, oliwa, smary i najwięcej szła ropa, nafta, benzyna. Po wojnie w latach 50-60-70 – tych  najwięcej, bo maszyny były inne. Handlowaliśmy całą okupację za Niemców, w 1942 jeździłem w Warszawie z kuzynem, jeździliśmy do Węgrowa, Sokołowa Podlaskiego, Broku, Sterdyni, na Karczew, Otwock, Śródborów, aż do Góry Kalwarii.

- Było niebezpiecznie?

Było niebezpiecznie, bo był towar, którym nie wolno nam było handlować. Z Warszawy końmi do Łosia jechałem cały tydzień, dwa razy jechałem przez Wisłę takim ciężarem, gdy sobie teraz pomyślę, co miałem wtedy za rozum, raz z Karczewa do Góry Kalwarii, a drugi raz w Dęblinie jechałem przez wodę. Przyjechałem końmi do Łosia, jak już przyjechałem do Łosia zacząłem handlować z bratem. Miał Jan na imię, rocznik 1917, on miał bardzo dobrą rękę do handlu, jemu pieniądze szły drzwiami i oknami, tak się wybił. Jeszcze przed wojną pojechał za służącego z Dudrą do Lublina, rozeznał okolicę. Na drugi rok poszedł do wojska do Sącza, I pułk Strzelców Podhalańskich, w czynnej służbie, tato dał konie i ja już sam handlowałem w Lublinie. Za Niemców już handlowaliśmy obaj z Janem i już był inny handel. Niemcy dali zezwolenie na wszystkie produkty ropopochodne, tylko nie wolno nam było handlować ropą, naftą i benzyną. Tylko smar i surowce, ale nafty nie było, a interes był na nafcie straszny. Poszło się na kopalnię, umówiliśmy się z robotnikami, którzy kradli Niemcom ropę i przelewali do beczek. W nocy jeździliśmy na krótsze drogi, wszystkie kopalnie jakie były: Magdalena, Kryg, Kobylanka, Puste Pole znaliśmy i mieliśmy z robotnikami znajomości. Od nich kupowaliśmy ropę, braliśmy do lasu, mieliśmy aparat do destylacji, była beczka 400 albo 300 litrowa ustawiona na podwyższeniu, pod nią paliliśmy i wytwarzaliśmy naftę. Najpierw szła leciutka benzyna, później szła cięższa, później nafta, zostawał smar, czarna ciecz, też się sprzedawało, do smarowania płotów. To były produkty potrzebne Niemcom na front, za handel nimi  była kara śmierci, były poprzybijane obwieszczenia, że nie wolno było tym handlować pod karą śmierci, jednak nas to kusiło, bo pieniądze szły bardzo duże, 7 złotych za liter nafty, to były pieniądze straszne, to nie patrzyliśmy na karę śmierci. Meldowali nas ludzie, że robiliśmy naftę, musieliśmy uciekać, kryć się do potoku w Łosiu. Woziliśmy beczki żelazne z naftą, beczkę żelazną skurczybyk siekierą przebił, albo pokradli, albo niszczyli..

- Niemcy?

Nie zazdrośniki, tu z Łosia. Do tego kusił w lubelskiem handel  tytoniem, stamtąd tytoń wieźliśmy, liście i sprzedawaliśmy w Rzeszowie od razu, i w Biłgoraju zatrzymują nas Niemcy na wozie...

- Handel tytoniem był zakazany?

Tak. Szczęście, że nie kontrolowali wozu, sprawdzili tylko papiery i więcej nic, pojechaliśmy, ale za nim to wszystko minęło, to czapka tak urosła mi na głowie.

Handlowaliśmy cały czas z krakowskiego i zza Wisły też tytoń woziliśmy, ja nie paliłem, szwagier palił, no to pewnego razu musiał uciekać przez okno, bo ukraińska milicja strzelała za nim. Jeździliśmy całą okupację, raz dostałem po buzi. Jechałem do Lublina, a ja nie znałem przepisów drogowych, tak jak teraz. Niemcy jechali od Lublina, ja do Lublina, po prawej stronie stał niemiecki samochód. Ja miałem obowiązek zaczekać, przepuścić Niemca, a ja jadę, nie patrząc na Niemców, że samochód jedzie, mijam samochód, a ten przejechał koło mnie, stanął i Niemiec mówi, że „źle jechał” i lu mnie po buzi. Drugi raz w Krakowie pojechaliśmy za kropką, za eterem, jechaliśmy pociągiem i Niemcy wygnali nas z wagonu, mówili „tylko dla Niemców”. Jechaliśmy na Tarnów, Niemiec mnie po buzi, ja uciekłem po pod wagon i do drugiego wagonu wsiadłem i pojechałem do Tarnowa. Tak się udawało, aż 2 braci moich złapali w Ciężkowicach, z towarem, z naftą i zabrali wóz, skonfiskowali do majątku po drugiej stronie rzeki Białej, a ich zabrali do Grybowa. Obaj w Grybowie siedzieli, tam był młyn i w tym młynie był obóz, i tam nie tylko oni byli, dużo Polaków, rozmaitych ludzi trzymali i brali ich na roboty. Ja wtenczas robiłem w Brunarach w okopach. Od Brunar do Florynki były kopane okopy, robiłem tam 8 miesięcy. Ja przyjechałem przebrać się do domu i po jedzenie i powiedzieli mi w domu, że bracia są aresztowani i że są w lagrze w Grybowie. Tato umiał po niemiecku perfekt,  bo był przy austriackiej żandarmerii i umiał czytać i pisać po niemiecku. Poszedł do starosty niemieckiego i starostę wyprosił, zapłacił kasę 4 tysiące złotych. Niemcy oddali wóz i konie, a towar został skonfiskowany. Szwagier mówi: „konie są, wóz jest, towar zrychtuję, ale ja nie pójdę handlować, bo mam żonę i dzieci, boję się, nie pójdę nigdzie. Jak chcesz to idź ty, sprzedaj, pohandluj.Uciekłem z okopów siadłem na wóz, towar był, pojechałem. Wpierw byłem zaglądnąć do Grybowa, do braci. Tam ujrzałem jak tam żyją, jak ich robaki żrą, to wszów tak było co niemiara, to butelkami na podłodze dusili, tak było tego robactwa, jak to ujrzałem ruszyło mnie sumienie, i niech się dzieje co chce, pojechałem za Wisłę, towar sprzedałem, przywiozłem pieniądze, dałem bratu, brat przekupił Niemca, tak wyszli obaj bracia.

Rozmaite przeżycia miałem.

- Po wojnie jak Pan jeździł też było ciężko? Władza przeszkadzała?

Nie było problemu, każdy wykupił kartę „rozwoźny handel smarami na całą Polskę”, był podatek, policja ani posterunkowi nie zatrzymywali, handlowało się…

Ja handlowałem do lat 70 tych, gospodarze mieli już traktory i rozmaite maszyny. Handlowałem w okolicach Płocka, Wyszogrodu, Płońska, aż do Nowego Dworu Mazowieckiego, tam zapotrzebowanie było: cegielnie, PGR-ry, młyny, gospodarstwa, bardzo dużo tego szło towotu, oliwy, nafty, gospodarstwa były duże, zdarzyło się, że do jednego gospodarza sprzedałem beczkę oliwy, beczkę towotu i 16 beczek ropy.

- Tyle się mogło zmieścić na wóz?

Ale ja już wtedy nie takim wozem sekerem jeździłem, to mieliśmy opony gumowe i deski grube.

- Konie ciągły?

Konie miałem porządne, duże, ostre konie, że hej.

Trzy tony to na nie mogłem ładować, ale miałem kłopot, bo na wszystkie okolice było dużo cukrowni, do cukrowni były kolejki wąskotorowe, konie się bały, co chwile dyszel był złamany, musiałem uważać, jak gdzieś była kolejka.

-Czyli łosian oprócz domów, strojów, pieniędzy, majątków wyróżniały konie, w innych wsiach takich koni chyba nie było?

U nas były trzy konie, dwoma jeździłem ja, a trzeci robił w domu.

- A skąd sprowadzano konie?

Jeździliśmy do Starego Sącza, Nowego Sącza, do Krosna, tam były największe targi konne.

-Ciekawostki maziarskie?

Panny kradły z wozów łopatki. Łopatki były używane do brania smaru z beczki. Klientowi kładło się do puszki. Klient mówił: „Panie, ale ja będę ważył”, to ja mu tak dałem, żeby było, mówili potem:„ale pan ma dobre oko”. Panie jak się jeździ tyle lat, sprzedaje się, to taką rękę miałem, że jak nakładałem to bez wagi, ale mieliśmy wagę kantarek, to jak brał klient większą ilość, to szedłem z gospodarzem, starowało się naczynie. A znowu taka była wprawa, że beczkę miałem drewnianą, to na mniejszy handel była zrobiona, dziura korek drewniany, ten korek się wyjmowało i lało się do naczynia, nie musiałem brać lejka, bo potrafiłem nalać do butelki. Łopatki nam dziewczyny kradły, bo jak ukradła to znaczyło, że wyjdzie za mąż. Miały też czary czy jak, to nam kłębek nici do wozu wrzucała, te nici się wlekły, to zabobony były w lubelskiem.

-A panny sprowadzaliście do Łosia?

Jeden sobie sprowadził elegancką panią, śliczną, dobrze zbudowaną, akuszerką była, ale tak to mało, ona jedna, bo łosianie przeważnie to cała wieś była rodziną, nigdzie się nie żenili, tylko sami między sobą. Jedna była wydana w Dębicy, jedna do Krynicy.

-Trudno dzielić się majątkiem.

Przed wojną 500 dolarów dawali na wiano dziewczynie, a dolar był po 5 złotych.

Oprócz wyprawy był zwyczaj, że jak było wesele, to nikt nic od nikogo nie brał, wszystko wesele kosztowało mnie tak, że goście przychodzili bez niczego, żadne prezenty, jakby który przyniósł z Łosia, to nie potrzebował, honor, ambicja chciał pokazać co to nie jest.

- Co Pan myśli o tym, czy w Łosiu jest potrzeba utworzenia muzeum maziarstwa?

Trzymam oficerki do muzeum, porządne oficerki.

- Jest wóz, mogłaby być zagroda, żeby ludzie przyjezdni mogli zobaczyć taką atrakcję...

Jak ja już, nie daj Bóg umrę, no to już.

Ja jeździłem z bratem, jeździłem z kuzynem i z innymi, ze szwagrem. Byłem w lubelskiem, bydgoskim, warszawskim, krakowskim, na Śląsku, na Orawie.

Raz sklepikarz poczęstował mnie śliwowicą, nalał kieliszek tom wypił, to co to dla młodego chłopa, wypiłem drugi, „wypij Pan trzeci”, siadłem na wóz czapkę zgubiłem, bat zgubiłem, taki byłem pijany od tej śliwowicy, ale szczęście, że miałem pomocnika to on musiał jechać końmi, a ja siedziałem na wozie, taka była porządna śliwowica.

- Pan w ostatnich latach był wozem maziarskim na rynku w Krakowie?

W Krakowie co przemawiałem, dużo starszych ludzi pamiętało takie wozy, mówiło: „tak, tak, pamiętam”

- Jak współcześnie wykorzystać maziarstwo dla turystyki, drugiej takiej wsi jak Łosie nie było?

Taki wczasowicz co przyjedzie, przecież bardzo dużo po Łosiu chodzi, dobrze by było, żeby mógł iść do stajni, sobie wóz pooglądać, tak jak byłem w Zdyni, warszawiakom mówiłem o dziegciu.

- Handlowaliście dziegciem?

Tak, cały czas jeździło się z dziegciem.

 - Z Bielanki?

A gdzie tam z Bielanki. Bielanka by tyle nie nastarczyła.

- Skąd braliście?

Z fabryki Szczebrzeszyn, albo w Małopolsce Dęba, i znowu Hajnówka.

- Okazuje się, że handlowaliście oprócz smarów oliwą, terpentyną, ale i tytoniem, dziegciem...

Braliśmy też sodę kaustyczną z fabryki, handlowałem tym w Krakowie, terpentyną, kalafonią, ultramaryną, miałem znajomości, syn gospodarza pracował w fabryce, było tam dużo ultramaryny, nie mieli zbytu. Strasznie dużo wywieźliśmy ultramaryny, robiliśmy zamówienia do sklepów, woziłem do Tarnobrzegu, po kalafonię i terpentynę do Szczebrzeszyna.

- Wóz maziarski to był taki prawdziwy wóz kupiecki ...

 

 

W Gorlicach byłem u pani doktor – prześwietlenie, coś mi tam nie bardzo wykazało, pani doktor popatrzyła na papiery popatrzyła na mnie:

-          Pan nie wygląda na te lata, Pan dobrze wygląda.

-          Pani doktor ja się dobrze trzymam, bo jestem dobrze zakonserwowany.

-          Jak to?

-          Ano Pani, ja piłem dużo nafty, ropy, benzyny.

-          Jak to Pan pił?

-          Pani doktor, ja tym handlowałem. Jak chciałem sprzedać, szlauf miałem do beczki i by puścić do naczynia, musiałem pociągnąć buzią, szlaufem z beczki, a nigdy nie było tak, żeby mi nic nie zostało w buzi. Bardzo dużo nieraz się napiłem i dlatego jestem dobrze zakonserwowany i dlatego dobrze wyglądam.

I trochę jej opowiedziałem o tym handlu.

- Ropą naftową ludzie leczą, na bazie ropy naftowej powstają lekarstwa...

Dziecko zachorowało, chore było na anginę, wyleczyli naftą. Doktora nie było, tak jak teraz, na łyżeczkę dziecku nafty dali i pomogło. To lekarstwa były, nie tak jak teraz, wszystko pigułki i pigułki...


WYWIAD Z MAZIARZEM - PIOTREM SZLANTA
Mieszkańcem Łosia

- Skąd wzięło się maziarstwo w Łosiu?
- Skąd się maziarstwo wzięło to ja nie wiem.
- Od kogo Pan uczył się maziarki?
- Od ojca, Andrzej miał na imię. Ojciec jeździł z mazią przed wojną.
- Pan jeździł z ojcem przed wojną ?
- Nie po wojnie, po 47 roku, ja jeździłem na Śląsku, ze szwagrem. Potem szwagier zmarł, ja kontynuowałem tą maziarkę. Powiaty cieszyński, wadowicki i żywiecki, potem nowotarskie i limanowskie.
- Jakim towarem Pan handlował i skąd go Pan brał ?
- Były centrale CPN, w tych centralach tankowałem. Jaki towar szedł, to zależało od terenu, olej maszynowy, wrzecionowy, cylindrowy, towot, smar do wozu.
- Kto kupował?
- Po wsiach jeździłem. Gospodarze brali, do sklepów chemicznych, ja już po dworach nie jeździłem, ojciec jeździł.
- Ilu was Łosian jeździło wozami po wojnie?
- Co najmniej 10 do 20 jeździło z Łosia. Z Gorlic Dymitr Kareł.
- Pan Kareł mieszkał w Gorlicach…
- W Gorlicach miał wóz oczywiście.
- Piszą w książkach, że był ostatnim maziarzem...
- Ostatnim można powiedzieć, że byłem ja. Były to lata 70 -te. Wtedy zakończyłem.
- Jak Pan zakończył?
- Normalnie poszedłem do pracy i zostawiłem, nie opłacało się. Ja panu powiem prywatnego strasznie gnietli, nie żeby były podatki, ale domiary!
- Co to były domiary?
- Ponad podatek, dodatkowy, karny podatek.
- Pan prowadził normalną działalność handlową. Miał pan zarejestrowaną firmę.
- No tylko, handlową. Państwo cisnęło na rzemieślnika bardzo.
- To jest przyczyna upadku maziarstwa?
- Gnietli podatkami, ale domiary, to taka jakby kara, to przeważnie każdy jeden z powodu tych domiarów przestał handlować. Bo klient by się znalazł, jeszcze by się sprzedało, jeszcze by żył. Gospodarze na wsi byli zadowoleni, że im maziarz towar pod nos przywiózł.
- Pan Włodzimierz Rubicz mówił o wojnie, nowoczesnych maszynach, ale okazuje się państwo też się przyczyniło do zaniku maziarstwa. Kto był odbiorcą na Śląsku Cieszyńskim?
- Śląsk mazi nie znał wcale, na Śląsku brali towot, tam była mechanizacja większa, towot był do maszyn, olej. Tam gospodarze byli grubsi, tam człowiek więcej utargował. A mazi oni nie chcieli, bo nie było drewnianych wozów.
- Przed wojną jako dziecko obserwował Pan maziarzy w Łosiu? Co pan zapamiętał?
- Przed wojną miałem 12 lat, krowy pasałem, do szkoły chodziłem.
- Skąd konie i wóz?
- Konie miałem swoje, wóz po ojcu. Wóz jeszcze jest na zdjęciu, to pamiątkowe zdjęcie.
- To Pan jest na tym zdjęciu?
- No chyba.
- Gdzie to jest?
- To jest Nowy Targ w samym rynku, to drugie zdjęcie jest zrobione koło Mszany Dolnej. Jestem na nim ze starszym bratem, który przed wojną jeździł z ojcem.
- Jak zachęcał pan ludzi żeby kupowali maź?
- Jechało się na wieś, jeśli gospodarze byli świadomi, kto jedzie, jak wóz widzieli, to przychodzili po maź. Jak podupadło poszedłem do pracy.
- Nie smutno Panu było?
- To było życie.
- Co zadecydowało o wyborze maziarstwa jako źródła zarobkowania?
- Wtedy dużo ludzi jeździło, ja miałem wielkie zamiłowanie do maziarstwa. W końcu je rzuciłem, byłem nawet spokojny, przerobiłem 8 godzin i do domu.
- Gdzie się ma maziarstwo, bo to była wielka umiejętność, w głowie, w sercu?
- W głowie, bo to trzeba było mieć podejście do ludzi.
- Uczył się Pan, podpatrzył Pan od kogoś?
- Głównie jak ojciec przyjeżdżał, bo jeździł koło Warszawy, to człowiek tak się zżył z tym wozem. Potem ze szwagrem Michałem Krutyłą jeździłem. Ja z nim, u niego praktykowałem.
- z Dymitrem Karełem pan jeździł na handel?
- Ja z nim też jeździłem. Jemu samemu się nie chciało jechać. To było kłopotliwe, bo człowiek był obciążony nieraz tym wszystkim sam, tośmy konie sprzągnęli i razem pojechali.
- Jak długo trwała wyprawa?
- Miesiąc, dwa.
- Co na wóz zabieraliście na drogę?
- Pieniądze się utargowało, w obrok to się człowiek zaopatrywał w terenie dla koni. Było też, że przyszedł gospodarz, nie miał pieniędzy, to dał owsa, ja mu dałem smaru.
- Poza ropopochodnymi produktami handlował Pan czymś jeszcze?
- Ja nie, tylko ropopochodne.
- W Łosiu z tej ropy, co sama wypływa robiono coś?
- Nic panu nie powiem, a ja bajek nie lubię opowiadać. To co mówię to uzasadniam na czymś, a takie bajki nie lubię opowiadać.
- Pan handlował dziegciem?
- Bielanczanie[1] to by powiedzieli dokładnie, nawet to produkowali. To wszystko pójdzie w nic ...

- Jak pan myśli, co z tym maziarstwem będzie dalej?
- Jak, juże go nie ma, nie ma i nie będzie!
- Czy może dałoby się przerobić na atrakcję turystyczną?
- Na jaką? Ja nie widzę. To raczej zaginie całkiem….
- Pozostaną publikacje, fotografie, chociaż tyle, za sto lat ani mnie, ani Pana raczej nie będzie ...
- Chyba nie.
- Ale może ten wywiad się uchowa i ktoś przeczyta.
- Może...



[1] Bialanczanie – mieszkańcy sąsiedniej wsi Bielanka,

 

Od mazi się zaczęło, maziarze to nas wołali w Małopolsce, w lubelskiem smarówsarze. na Śląsku śmirusy, w Warszawie troniarze.

Wyswietlen: 3156